|
Z czasem, niezależnie od doskonalenia umiejętności techni-czno-taktycznych, Kazimierz Deyna zdobywał coraz więcej bramek. Lecz w najśmielszych oczekiwaniach nie przypuszczał, że może zostać „królem strzelców" olimpijskiego turnieju piłkarskiego. Do Monachium, choć kibice nie szczędzili mu uszczypliwych uwag, udawał się w dobrym nastroju. Ożenił się, dostał ładne, wygodne mieszkanie. Dla niego, lubiącego spokój domowego zacisza miało to kolosalne znaczenie. Kiedyś, gdy zaczął osiągać w sporcie pierwsze sukcesy wydawało
mu się, że futbol wystarczy za wszystko. Ale dość rychło pojął, iż to tylko złudzenie. Postanowił wtedy na nowo rozpocząć przerwaną naukę, doprowadzić do stabilizacji życiowej. Część pozasportowych zamierzeń rozwiązał po swojej myśli, część skierował na właściwe tory. Pozbawiony trosk i kłopotów z pasją przygotowywał się do wyprawy na Olimpiadę. Wiedział, że okazja uczestnictwa w tym wielkim święcie młodzieży całego- świata może się już nie zdarzyć. Dlatego on i koledzy pracowali ze zdwojoną energią by godnie wypaść w olimpijskim turnieju.
Po dziś dzień widzę zastygłą W zdumieniu publiczność łódzką, gdy w 1969 roku podczas meczu z Norwegią, z odległości czterdziestu metrów od bramki rywali, uderzył z niesłychaną t siłą i precyzją piłkę, która wylądowała dokładnie w „okienku".
|