|
W tym momencie zjawił się brat. Trener spojrzał na Lipieniów i miał niezbyt mądrą minę. Naprzeciwko niego stało dwóch chłopców podobnych do siebie jak dwie krople wody.
- To mój brat Kazimierz, bliźniak - pospieszył Józek z wyjaśnieniem.
Trener obszedł Kazika dookoła, przyglądał się sylwetce chłopca. A po kilku dniach i on otrzymał legitymację „Karkonoszy".
Rodzice byli bardzo zadowoleni i pochwalali inicjatywę synów. Przynajmniej będą mogli pod fachową opieką i kontrolą dać upust swemu temperamentowi - orzekli. Wnet jednak zaczęli żałować. Chłopcy wracali z treningów z po-obcieranymi brzuchami, nosami, naderwanymi uszami. Czoło, skroń, łokcie mieli poobijane. W domu matka lamentowała, szukała ziół i maści na kontuzje, namawiała ich nawet do zmiany zainteresowania. Kiedy jednak trzeba było pożyczyć pieniędzy, by pojechać na mistrzostwa Polski juniorów do Białegostoku, rodzice bez wahania ruszyli kiesą.
„Dali nam wówczas po tysiącu - wspomina Kazimierz. - Było to w 1966 roku. Reprezentowaliśmy „Karkonosze" Jelenia Góra, trzeba dodać nielegalnie, bo klub, niezbyt zasobny w pieniądze, nie zgłosił nas do mistrzostw. Mieliśmy wówczas po szesnaście lat. Opłaciliśmy startowe i poszliśmy na matę. Ja pierwszy dotarłem do finału i zdobyłem tytuł mistrza Polski juniorów w wadze piórkowej. Wszystkie walki wygrałem przed czasem. Józek nie chciał, być gorszy i to samo uczynił w wadze koguciej.
|