|
Nie trzeba freudysty, żeby w tym punkcie rozejrzeć się podejrzliwie za
1 leniem ojca. Ten ojciec, otoczony czcią i miłością tylu ludzi, który pisze ilu icdynaka niemal co dzień, a czasem kilka razy na dzień (wtedy list z Zakopanego do Rzymu szedł trzy dni), który poucza, wymaga obfitych i szcze-IV li odpowiedzi, chce, by syn był „cudownym dowodem" ojcowskich li cmi o sztuce, przypomina o „obowiązku wdzięczności" względem siebie, „/ i.ilij stanowczością żąda"..., by syn nie palił, po sto razy powtarza „bądź iliow, dobry i mądry", „bądź jasny", „bądź wzniosły"! W dodatku do tui r.° byka po maturze, autora rozprawki o filozofii Schopenhauera, |iIM/I- „dziecko", nawet „dziecina", i na domiar złego kończy nieraz listy im tak: „Dziecko do serca tulę i daję się wysmoktywać." Brrr!
Nnpi /.eciw takiej indywidualności syn jawi się niemal jako Wielki Niemowa: jego listy zginęły (lub może sam je zniszczył). Ale czasem odezwie się z boku (na przykład w ostatniej swojej powieści pt. Jedyne wyjście) niemal tak, jakby chciał nam podsunąć interpretację swego stosunku do ojca. Rustalka, po szatańskiej nocy z Izydorem „poczuła radość taką, jaką czuje dziecko, gdy mu umrą rodzice: jest naprawdę zmartwione, nawet zrozpaczone, opuszczone, osamotnione - ale na dnie nie może się oprzeć percypowaniu pewnej przyjemności, że oto jest samo, samowładne, samo-osobowe i że nikt mu przewodzić nie będzie prócz samego «życia», samego w sobie". Wyjaśnienie więc puerylnych cech psychiki Witkacego łatwe: ojciec go przytłoczył, wytworzył w nim kompleksy, nie pozwolił mu normalnie dojrzeć. Podejrzanie łatwe.
|