|
Dwa spotkania szczególnie utkwiły mi w pamięci - z Wiktorem Miednowem i Jengibarjanem. Obydwa stoczyłem na mistrzostwach Europy.
Miałem zaledwie dwadzieścia lat, kiedy w 1953 roku w War-uzawie, na mistrzostwach Europy, już w pierwszej walce stanąłem naprzeciwko Miednowa, boksera opromienionego sławą wicemistrza olimpijskiego z Helsinek. Starałem się przed pojedynkiem obmyślić plan taktyczny, ale nic z tego nie wychodziło. Walka na ringu jest dla mnie pasją, sprawdzianem błyskawicznego reagowania i podejmowania decyzji, sprawdzianem umiejętności wychodzenia z opresji; w sumie więc: wielką improwizacją. I improwizatorem zostałem już do końca mojej kariery. Choć nigdy nie obawiałem się przeciwników, zawsze niepewny byłem o Wynik walki.
Miednow, średniego wzrostu, o fantastycznie rozwiniętych barkach, posiadał piorunujące ciosy z obu rąk. Przy tym był świetnym technikiem. A ja, cóż - nie dysponowałem zbyt dużym doświadczeniem. Jeszcze rok temu miałem dobrze opanowany tylko jeden cios - lewy prosty, który do końca kariery pozostał moją niezawodną bronią.
Rosjanin zaatakował pierwszy. Zrobiłem kilka uników i odskoków - wypuściłem wreszcie lewy prosty. Doszedł do celu, ale Miednow ani drgnął i w tym momencie znalazłem się w zwarciu. Czułem się jakby porwała mnie trąba powietrzna. Odskoczyłem, znalazłem się przy linach, kolana drżały mi z wysiłku.
|